Subject: [Benzydamina][THC] W butach bezpieczniej... tak jakby...
Ilosc benzydaminy uzytej do nacpania sie: 4 extraktowane saszetki - 2g
grass: - +/- 0,3g
S&S: benza pierwszy raz od pol roku, wolna chata na noc, dobry humorek, niepotrzebnie wziety malutki buszek przed zaladowaniem tantuma. Kumpel wpadl aby mnie chwile poasekurowac i oczywiscie zapalic jakis weed. Pozniej drugi tez sie ujebal i wszyscy radosnie rozeszli sie do domow, w wyniku tego dzialania zostalem sam na sam z ptasznikami, robalami, muchami, swoja stara wchodzaca do mieszkania i takimi tam roznymi.
Ok. godz 19 pieknie zrobilem ekstrakcje, wymierzylem 100ml na 4 sasze, odstawilem na 10 min, przelalem przez chusteczke, w miedzyczasie zrobilem sobie herbate do zapicia bombek. o 19.20 mialem juz wszystko w sobie. Pierwsze efekty nastapily dosyc szybko, bo juz po 20 min, moze to z uwagi na fakt, iz herbata byla cieplejsza niz letnia.
No wiec, po tych 20 min zauwazylem pieknego przezroczystego weza pelzajacego za glowa mojego juz dobrze zrobionego kumpla. Usmiechnalem sie pod wasem po czym na zmiane zaczalem grac w cs'a. Patrzac na monitor glowa trzesla mi sie niesamowicie, jakbym byl jakims metalem na koncercie. Po kazdym deadzie nastepowal headroll trzesacej sie bani.
Usiadlem na kanapie i czulem jak sie zaczyna... Weszlo uczucie glowy pelnej plynow, ktore przelewaly sie w mojej czaszce powodujac nierowny krok. Ptasznik przemknal po suficie i wtedy ogarnal mnie minimalny lek. Lezacy na kanapie obok pies sapnal sobie, a ja sie tak tego przestraszylem, ze myslalem, ze zawalu dostane. Moja kolej na granie w cs'a, znowu bania zapierdala jakby miala napad padaczkowy, nie moglem sie skupic na obrazie. Wyszedlem zza rogu i dostalem head'a z noza. Spalony mozg nakazal mi sie smiac. Wtem wszedl na mnie pajak i usmiech z twarzy od razu zniknal, a noga ze strachu odskoczyla na 50m. Wstalem z krzesla i nagle mnie jebnelo jakby pelna para. Czulem jak cos po mnie chodzi, zwlaszcza po nogach. Co chwile strzepywalem halucynacje dotykowe powtarzajac: "kurwa kurwa, zostaw juz mnie do chuja, bo ci zaraz zajebie w tej ryj z proszku do pizdy", po czym zareagowalem smiechem na swoj tekst.
Benzydaminie nie bylo do smiechu - w koncu ja obrazilem, wiec mnie ukarala ptasznikiem na szyi. Strzepnalem na lajcie, po czym poczulem jego noge na palcach u rak. Klaskalem jak u Rubika, zeby zabic niezywa noge. Spojrzalem pod biurko. Przezroczysty pajak wystrzelil muche, ktora odbila sie od blatu i zginela. Odwrocilem wzrok bedac pewien, ze pajeczak zaraz do mnie wyjdzie. Rece zaczely oblazic mi pajakami, zgialem je w pozycje "i co teraz?" trzesac sie jak galareta. Kumpel sie zapytal czy moze butelke odpalic, bo w sumie to ja stawialem z. Pozwolilem i rowniez przyjalem malego buszka na uspokojenie.
Stalem sobie spokojnie kiedy czulem, ze podeszwa mojej lewej stopy bardzo szybko sie nagrzewa. Miala juz z jakies 1000st. kiedy ja oderwalem z pseudobolem.
Nagle zadzwonil telefon. A moze nie
3 min pozniej rzeczywiscie zadzwonil A. Pytal jak sie trzymam. Trzymajac trzesaca reka telefon przy trzesacej sie glowie odpowiedzialem troche dukajac, ze ddobbrze. Kiedy mozesz wpasc? Bede za 5 min. Chwile pozniej zadzwonil domofon, powiedzialem kumplowi, zeby odebral, bo ja sie boje isc, bo tam ciemno jest. Po chwili smiechu poszedl otworzyc. Wyjalem wczesniej podbita lufe, i spalilsmy ja 3, ja nie trzymalem w pluchach nie chcac zepsuc za bardzo efektu benzy. Wyjalem buty z szafy, by wyjsc na dwor. Przezroczyste karaluchy i mrowki pelzaly w srodku. Przymknalem oczy i zalozylem oba. Uff...
Odprowadzamy pierwszego kumpla - T. na przystanek. Po chwili kapuje sie, ze ide sam z T. chodzac na szerokosc 30cm, czujac mrowki w czapce. Przycupnelismy na przystanku, by czekajac na busa zapalic cygareta. Po pierwszym buchu stwierdzilem, ze po niebie chodza ptaszniki - tak jakby to byla plaszczyzna. Powiedzialem to T. po czym zauwazylem dziwny wzrok nieznajomego typa. Nic dziwnego... Pewnie pomyslal sobie: "tak, on cpal chlorowodorek benzydaminy z ekstrakcja, mniej wiecej na oko 4 saszetki" - odczytalem wkret w myslach. Bus przyjechal i bylem zmuszony wrocic jakos do domu, co nie bylo wcale takie proste... Przez 10m ciagle spogladalem sie za siebie slyszac, ze ktos za mna idzie. Im dluzej sie nie spogaldalem slyszalem blizej wytwor mojej wyobrazni. Przy ktoryms obrocie niczyja reka wleciala na moja twarz po czym znikla. Przyspieszylem kroku. Po drodze spojrzalem sie chwile na znak oznaczajacy przejscie dla pieszych. Ludzik byl zgarbiony i mial worek na plecach. Wywnioskowalem ze zbiera puszki. Po szczesliwym dotarciu do swojej klatki pozostalo tylko wejsc do gory... Jak to zwykle bywa wszystko mialo przesuwajace sie, przezroczyste obramowania. Wchodzilem co 2 schodki. Na 1 pietrze uslyszalem dziwny dzwiek. Jakby jakis kosmita, czy ptasznik sie narodzil. Zatrzymalem sie i rozwazalem zejscie z powrotem.
Stwierdzilem, ze zamkne oczy i wejde, czego nie zrobilem, bo w ulamku sekundy zapomnialem. Otwarcie drzwi kluczem bylo nie lada wyzwaniem. Klucz robil sie mniejszy, a dziurka sie troche przesuwala. Po minucie wysilku udalo mi sie otworzyc wrota do jaskini ptasznikow.
Pierwszym ruchem oczywiscie bylo zapalenie swiatla. Zdjalem kurtke i powiesilem na wieszaku. Kurtka spadla. Schylilem sie by ja podniesc i cos mnie ugryzlo w krocze od tylnej strony. Podskoczylem, zgasilem swiatlo i w bitach wbieglem do pokoju. Cofka, by zapalic swiatlo i do kompa. Uslyszalem otwierajace sie z piskiem drzwi. Obrocilem sie a tam stoi przezroczysty wieszak z przezroczystym kapeluszem. Przed kompem spedzilem dobre 3-4h wybiegajac do kibla co jakis czas. Gadalem z Jezusem na gadu (tutaj go prosze aby wkleil nasza rozmowe, bo ja jej nie mam.
) Spojrzalem na zegar: patrze 6.30. O KURWA! Stara zaraz bedzie a tu butla lezy, wszystko trzeba schowac i juz slysze otwierajace sie drzwi i glos mojej matki. 5 sek i wszystko ucichlo...
Ok. 0.00 nastapil peak. Stwierdzilem iz jest to dobry moment na zmycie garnuszkow
Zastanawialem sie tylko jak mam wyjsc az do kuchni? Stwierdzilem, zeby isc jakby sie nic nie stalo, normalnie. Po drodze nie napotkalem zadnych przeszkod. Odkrecilem wode splukujac przezroczyste karaluchy i male pajaki. Katem oka widzialem cos duzego czarnego na scianie. Tak mnie kusilo zeby na to spojrzec, ale wiedzialem, ze jak spojrze w tamta strone to kubek poleci na ziemie, a ja juz nie wroce do tej kuchni conajmniej przez 12h.
Nagle uslyszalem tluczaca sie filizanke. Szukam po podlodze i nic. No to zmywamy. Skupilem sie calkowicie na tej czynnosci, wiec nie czulem, ze cos po mnie chodzi. Po talerzach chodzily przezroczyste mrowki, a oblewane woda tylko powiekszaly swoj rozmiar. Jak umylem talerz to przez chwile ich nie bylo, pozniej wracaly.
Wrocilem do kompa. Spogladajac na swoje buty zauwazylem, ze obydwa maja dziury szerokosci 5cm w tych samych miejscach i przez nie wchodza mrowki, pajaki itp. Zaczalem skakac powtarzajac sobie, ze to tylko benza. Spojrzalem pod biurko i cale to robactwo zaczelo biec w moje buty. Prawie, ze je rozrywajac zdjalem je. Czulem niebezpieczenstwo. Co tu robic, co tu robic, boje sie usiasc przed kompem, zreszta nawet mi sie nie chce, przed tv tez nie, no to gasimy swiatlo, sluchawki na uszy i ogladamy haluny. Otwierajaca sie szafka dala znac, ze to nie jest dobry pomysl. Pomyslalem: hardcore is my life, po czym zapalilem swiatlo
Ale ze mnie pizda - powiedzialem do siebie. Znowu do wyra i obserwujemy. Blyski, swiecace kulku lataly po pokoju. Lampa obracala sie w bardzo szybkim tempie, a telefon podlaczony ladowarka do przedluzacza zdawal sie byc ptasznikiem z ogonem. Dotknalem go jak najszybciej, nim zacznie sie morfowac, po czym odwrocilem wzrok. Mniej wiecej co 15 sek strzepywalem pajaki z glowy, nog, poscieli itp.
Ok. godz. 3 odpalilem sobie butle zeby zasnac. Spotegowalo to rozkminy. Pamietam tylko jedna: kazdy czlowiek tworzy historie drugiego czlowieka, zyjac wlasnym zyciem. Bedac w budynku, jadac winda, jedzac banana, zostawiajac skorke, zastawia nieswiadomie pulapke na blizniego.
O godz. 6.30 3 razy pod rzad mialem film, ze stara wraca z pracy, slyszalem jej kroki na klatce, otwieranie drzwi, witanie sie z psem i szarpanie klamki. Za 4 razem juz na serio matka wracala a ja udawalem ze spie... No i sie nikt nie pokapowal. Z polsnu obudzilem sie kolo 11.
Jak na 4 saszety to slabo... Mocniej juz bywalo po 3. Extrakcja na 100% wyszla niemalze idealnie, mala ilosc kolorowych halunow i brak tego totalnego odciecia od rzeczywistosci wg mojego mniemania spowodowany byl zielenia
grass: - +/- 0,3g
S&S: benza pierwszy raz od pol roku, wolna chata na noc, dobry humorek, niepotrzebnie wziety malutki buszek przed zaladowaniem tantuma. Kumpel wpadl aby mnie chwile poasekurowac i oczywiscie zapalic jakis weed. Pozniej drugi tez sie ujebal i wszyscy radosnie rozeszli sie do domow, w wyniku tego dzialania zostalem sam na sam z ptasznikami, robalami, muchami, swoja stara wchodzaca do mieszkania i takimi tam roznymi.
Ok. godz 19 pieknie zrobilem ekstrakcje, wymierzylem 100ml na 4 sasze, odstawilem na 10 min, przelalem przez chusteczke, w miedzyczasie zrobilem sobie herbate do zapicia bombek. o 19.20 mialem juz wszystko w sobie. Pierwsze efekty nastapily dosyc szybko, bo juz po 20 min, moze to z uwagi na fakt, iz herbata byla cieplejsza niz letnia.
No wiec, po tych 20 min zauwazylem pieknego przezroczystego weza pelzajacego za glowa mojego juz dobrze zrobionego kumpla. Usmiechnalem sie pod wasem po czym na zmiane zaczalem grac w cs'a. Patrzac na monitor glowa trzesla mi sie niesamowicie, jakbym byl jakims metalem na koncercie. Po kazdym deadzie nastepowal headroll trzesacej sie bani.
Usiadlem na kanapie i czulem jak sie zaczyna... Weszlo uczucie glowy pelnej plynow, ktore przelewaly sie w mojej czaszce powodujac nierowny krok. Ptasznik przemknal po suficie i wtedy ogarnal mnie minimalny lek. Lezacy na kanapie obok pies sapnal sobie, a ja sie tak tego przestraszylem, ze myslalem, ze zawalu dostane. Moja kolej na granie w cs'a, znowu bania zapierdala jakby miala napad padaczkowy, nie moglem sie skupic na obrazie. Wyszedlem zza rogu i dostalem head'a z noza. Spalony mozg nakazal mi sie smiac. Wtem wszedl na mnie pajak i usmiech z twarzy od razu zniknal, a noga ze strachu odskoczyla na 50m. Wstalem z krzesla i nagle mnie jebnelo jakby pelna para. Czulem jak cos po mnie chodzi, zwlaszcza po nogach. Co chwile strzepywalem halucynacje dotykowe powtarzajac: "kurwa kurwa, zostaw juz mnie do chuja, bo ci zaraz zajebie w tej ryj z proszku do pizdy", po czym zareagowalem smiechem na swoj tekst.
Benzydaminie nie bylo do smiechu - w koncu ja obrazilem, wiec mnie ukarala ptasznikiem na szyi. Strzepnalem na lajcie, po czym poczulem jego noge na palcach u rak. Klaskalem jak u Rubika, zeby zabic niezywa noge. Spojrzalem pod biurko. Przezroczysty pajak wystrzelil muche, ktora odbila sie od blatu i zginela. Odwrocilem wzrok bedac pewien, ze pajeczak zaraz do mnie wyjdzie. Rece zaczely oblazic mi pajakami, zgialem je w pozycje "i co teraz?" trzesac sie jak galareta. Kumpel sie zapytal czy moze butelke odpalic, bo w sumie to ja stawialem z. Pozwolilem i rowniez przyjalem malego buszka na uspokojenie.
Stalem sobie spokojnie kiedy czulem, ze podeszwa mojej lewej stopy bardzo szybko sie nagrzewa. Miala juz z jakies 1000st. kiedy ja oderwalem z pseudobolem.
Nagle zadzwonil telefon. A moze nie
3 min pozniej rzeczywiscie zadzwonil A. Pytal jak sie trzymam. Trzymajac trzesaca reka telefon przy trzesacej sie glowie odpowiedzialem troche dukajac, ze ddobbrze. Kiedy mozesz wpasc? Bede za 5 min. Chwile pozniej zadzwonil domofon, powiedzialem kumplowi, zeby odebral, bo ja sie boje isc, bo tam ciemno jest. Po chwili smiechu poszedl otworzyc. Wyjalem wczesniej podbita lufe, i spalilsmy ja 3, ja nie trzymalem w pluchach nie chcac zepsuc za bardzo efektu benzy. Wyjalem buty z szafy, by wyjsc na dwor. Przezroczyste karaluchy i mrowki pelzaly w srodku. Przymknalem oczy i zalozylem oba. Uff... Odprowadzamy pierwszego kumpla - T. na przystanek. Po chwili kapuje sie, ze ide sam z T. chodzac na szerokosc 30cm, czujac mrowki w czapce. Przycupnelismy na przystanku, by czekajac na busa zapalic cygareta. Po pierwszym buchu stwierdzilem, ze po niebie chodza ptaszniki - tak jakby to byla plaszczyzna. Powiedzialem to T. po czym zauwazylem dziwny wzrok nieznajomego typa. Nic dziwnego... Pewnie pomyslal sobie: "tak, on cpal chlorowodorek benzydaminy z ekstrakcja, mniej wiecej na oko 4 saszetki" - odczytalem wkret w myslach. Bus przyjechal i bylem zmuszony wrocic jakos do domu, co nie bylo wcale takie proste... Przez 10m ciagle spogladalem sie za siebie slyszac, ze ktos za mna idzie. Im dluzej sie nie spogaldalem slyszalem blizej wytwor mojej wyobrazni. Przy ktoryms obrocie niczyja reka wleciala na moja twarz po czym znikla. Przyspieszylem kroku. Po drodze spojrzalem sie chwile na znak oznaczajacy przejscie dla pieszych. Ludzik byl zgarbiony i mial worek na plecach. Wywnioskowalem ze zbiera puszki. Po szczesliwym dotarciu do swojej klatki pozostalo tylko wejsc do gory... Jak to zwykle bywa wszystko mialo przesuwajace sie, przezroczyste obramowania. Wchodzilem co 2 schodki. Na 1 pietrze uslyszalem dziwny dzwiek. Jakby jakis kosmita, czy ptasznik sie narodzil. Zatrzymalem sie i rozwazalem zejscie z powrotem.
Stwierdzilem, ze zamkne oczy i wejde, czego nie zrobilem, bo w ulamku sekundy zapomnialem. Otwarcie drzwi kluczem bylo nie lada wyzwaniem. Klucz robil sie mniejszy, a dziurka sie troche przesuwala. Po minucie wysilku udalo mi sie otworzyc wrota do jaskini ptasznikow.
Pierwszym ruchem oczywiscie bylo zapalenie swiatla. Zdjalem kurtke i powiesilem na wieszaku. Kurtka spadla. Schylilem sie by ja podniesc i cos mnie ugryzlo w krocze od tylnej strony. Podskoczylem, zgasilem swiatlo i w bitach wbieglem do pokoju. Cofka, by zapalic swiatlo i do kompa. Uslyszalem otwierajace sie z piskiem drzwi. Obrocilem sie a tam stoi przezroczysty wieszak z przezroczystym kapeluszem. Przed kompem spedzilem dobre 3-4h wybiegajac do kibla co jakis czas. Gadalem z Jezusem na gadu (tutaj go prosze aby wkleil nasza rozmowe, bo ja jej nie mam.
) Spojrzalem na zegar: patrze 6.30. O KURWA! Stara zaraz bedzie a tu butla lezy, wszystko trzeba schowac i juz slysze otwierajace sie drzwi i glos mojej matki. 5 sek i wszystko ucichlo...Ok. 0.00 nastapil peak. Stwierdzilem iz jest to dobry moment na zmycie garnuszkow
Zastanawialem sie tylko jak mam wyjsc az do kuchni? Stwierdzilem, zeby isc jakby sie nic nie stalo, normalnie. Po drodze nie napotkalem zadnych przeszkod. Odkrecilem wode splukujac przezroczyste karaluchy i male pajaki. Katem oka widzialem cos duzego czarnego na scianie. Tak mnie kusilo zeby na to spojrzec, ale wiedzialem, ze jak spojrze w tamta strone to kubek poleci na ziemie, a ja juz nie wroce do tej kuchni conajmniej przez 12h. Nagle uslyszalem tluczaca sie filizanke. Szukam po podlodze i nic. No to zmywamy. Skupilem sie calkowicie na tej czynnosci, wiec nie czulem, ze cos po mnie chodzi. Po talerzach chodzily przezroczyste mrowki, a oblewane woda tylko powiekszaly swoj rozmiar. Jak umylem talerz to przez chwile ich nie bylo, pozniej wracaly.
Wrocilem do kompa. Spogladajac na swoje buty zauwazylem, ze obydwa maja dziury szerokosci 5cm w tych samych miejscach i przez nie wchodza mrowki, pajaki itp. Zaczalem skakac powtarzajac sobie, ze to tylko benza. Spojrzalem pod biurko i cale to robactwo zaczelo biec w moje buty. Prawie, ze je rozrywajac zdjalem je. Czulem niebezpieczenstwo. Co tu robic, co tu robic, boje sie usiasc przed kompem, zreszta nawet mi sie nie chce, przed tv tez nie, no to gasimy swiatlo, sluchawki na uszy i ogladamy haluny. Otwierajaca sie szafka dala znac, ze to nie jest dobry pomysl. Pomyslalem: hardcore is my life, po czym zapalilem swiatlo
Ale ze mnie pizda - powiedzialem do siebie. Znowu do wyra i obserwujemy. Blyski, swiecace kulku lataly po pokoju. Lampa obracala sie w bardzo szybkim tempie, a telefon podlaczony ladowarka do przedluzacza zdawal sie byc ptasznikiem z ogonem. Dotknalem go jak najszybciej, nim zacznie sie morfowac, po czym odwrocilem wzrok. Mniej wiecej co 15 sek strzepywalem pajaki z glowy, nog, poscieli itp. Ok. godz. 3 odpalilem sobie butle zeby zasnac. Spotegowalo to rozkminy. Pamietam tylko jedna: kazdy czlowiek tworzy historie drugiego czlowieka, zyjac wlasnym zyciem. Bedac w budynku, jadac winda, jedzac banana, zostawiajac skorke, zastawia nieswiadomie pulapke na blizniego.
O godz. 6.30 3 razy pod rzad mialem film, ze stara wraca z pracy, slyszalem jej kroki na klatce, otwieranie drzwi, witanie sie z psem i szarpanie klamki. Za 4 razem juz na serio matka wracala a ja udawalem ze spie... No i sie nikt nie pokapowal. Z polsnu obudzilem sie kolo 11.
Jak na 4 saszety to slabo... Mocniej juz bywalo po 3. Extrakcja na 100% wyszla niemalze idealnie, mala ilosc kolorowych halunow i brak tego totalnego odciecia od rzeczywistosci wg mojego mniemania spowodowany byl zielenia
"Fuck me, fuck me" "Affirmative" :)

Show profile
Link to this post