Subject: [Benzydamina] Pierwszy lot na 6 torbach
Doświadczenie: Cannabis, P. Semilanceta, MDMA, Chloral, Aviomarin, Eter, Tramal i kilka innych, których nazw nie znam lub nie pamietam
Wiek: dwadzieścia kilka. Zawód: chemik organik.
To, co napisałem poniżej jest chyba wyczerpującą relacją z podróży jaka zafundowała mi benzydamina. Wiem, że wiele z pośród opisanych przeze mnie rzeczy wyda się niewiarygodnymi, ale nie zależy mi na tym, czy ktoś uwierzy mi w to, co widziałem, czy też nie. W sumie wcale się temu nie dziwię, bo dużo rzeczy, które widziałem były dla mnie trudne do zrozumienia i zaakceptowania.
Ale do rzeczy. Przeglądając raporty dot. benzydaminy wyczytałem, że ekstrakcja jest raczej mało wydajna, dlatego zaopatrzyłem się w 6 torebek tego specyfiku. Całość rozpuściłem w odpowiedniej ilości lodowatej wody i dodałem do tego trochę sody kalcynowanej. Miało to na celu uwolnienie trudno rozpuszczalnej w wodzie aminy z jej znacznie lepiej rozpuszczalnej soli. Po kilkunastu minutach stania w lodówce w szklance zebrały się na powierzchni coś jakby białe kawałki twarogu, które były strasznie lepkie i nie dały się odsączyć. Zdecydowałem się wybrać je wykałaczką owijając ten lepki twór dookoła patyczka. Całą porcję rozpuściłem w odrobinie wody uzyskując mlekopodobną, mętną zawiesinę. Dodałem do niej szczyptę kwasku cytrynowego, który sklarował roztwór i przeprowadził benzydaminę w znacznie lepiej rozpuszczalną w wodzie sól. O 19.00 wypiłem tak przyrządzona miksturę, której smaku nie potrafię opisać, ale był okropny, kwaśno-słono-wapienny. Siadłem więc przed komputerem, zapaliłem lampkę nocną i czekałem na rozwój wydarzeń.
O 19.45 zauważyłem pierwsze symptomy działania specyfiku; zaczęły mnie mrowić stopy, coś jak po grzybach. Niecałe pół godziny późnej mrowienie przekroczyło mój pas i szło dalej w górę. Postanowiłem przejść się do łazienki. I tu już miałem problem, bo pojawił się okropny powidok; jakby mój wzrok przykleił się do ściany tak mocno, że nie mogłem go od niej oderwać i o mało się przez niego nie przewróciłem. Nic już nie wyglądało normalnie, tylko zaczęło jakby mrowić się i falować. Coś, jakby nas wszystkim zaczęły unosić się prądy konwekcyjne podobne do przedstawionych na poniższym obrazku:
![http://img384.imageshack.us/img384/4101/convectioncurrentsdz2.jpg [Image: http://img384.imageshack.us/img384/4101/convectioncurrentsdz2.jpg]](http://img384.imageshack.us/img384/4101/convectioncurrentsdz2.jpg)
Zaczęły unosić się dosłownie nad wszystkim. Kiedy dotarłem do łazienki nie mogłem się wysikać, i stan ten trwał następne 3 godziny. Kiedy wróciłem do pokoju zauważyłem, że ubranie, które leżało na fotelu porusza się tak, jakby były pod nim jakieś małe zwierzątka. Ponieważ mam zwierzątka, pomyślałem, że jakoś mógł tam wejść, ale kiedy podniosłem ubranie, nic tam nie było. Moje zdziwienie było jeszcze większe, kiedy spostrzegłem że w ten sposób rusza mi się cała pościel na nie posłanym łóżku! Przyjrzałem się jej wyraźniej i zobaczyłem, że spod jej zakamarków wychylają się jakby stworzonka zbudowane z takich kłębiących się prądów konwekcyjnych, miały wielkość mniej więcej pomarańczy, i chyba były bardzo nieśmiałe, bo szybko znikały z powrotem w mojej pościeli by dalej pod nią buszować. Były takie półprzezroczyste i nie miały żadnej konkretnej formy, takie niewielkie kulki, które nazwałem zwierzątkami ze względu na ich wielkość i sposób zachowania. Spojrzałem na monitor komputera i znów niespodzianka! Cały monitor wyglądał, jakby ktoś pociął go w różnej wielkości prostokąty i bezładnie porozrzucał, Trwało to dosłownie moment, po czym wszystkie kawałki błyskawicznie zerwały się i wróciły na swoje miejsce. Działo się tak za każdym razem, kiedy po patrzeniu na coś spoglądałem na monitor. Pierwszy konkretny trip!
Ale spojrzałem w stronę łóżka i po prostu mnie zamurowało; w samym rogu łóżka szamotała się pościel i po chwili wyszła spod niej wiewiórka! Normalna, ruda wiewiórka, jakby ją żywcem z parku przynieść!!! Powąchała łóżko, zeskoczyła na podłogę i na chwilę znikła mi z pola widzenia, by po chwili pojawić się jakieś pół metra ode mnie. Zatrzymała się i popatrzyła na mnie, a mi aż skóra na plecach ścierpła. Zapytałem ją: „Czego chcesz?”, ale tylko obróciła trochę łepek bok, jakby chciała mi się wyraźniej przyjrzeć, zawróciła, wskoczyła na łóżko i znikła pod pościelą. Masakra. Poczułem się mocno nieswojo. Włączyłem muzykę, ale w ogóle nie dało się jej słuchać. Kompletna kakofonia, która brzmiała tak, jakby każdy z muzyków grał niezależnie od innych, tylko dla siebie i w swoim własnym tempie. „Hmm, może to nie jest właściwa muzyka?” –pomyślałem, ale wszystko brzmiało tak samo nieznośnie. Moja faza rozkręcała się bez opamiętania do tego stopnia, że już nie chciałem patrzeć na zwierzątka pod pościelą ani na „dymiące” w półmroku od prądów konwekcyjnych przedmioty. Siadłem przed komputerem i starałem się nie patrzyć na łóżko i to, co się tam dzieje. Po prostu zacząłem się bać tego, co widzę. Nie była to panika, ale bardzo silny strach, który pojawiał się na chwilę z każdą dziwną rzeczą, jaką od tej pory ujrzałem. Starałem się uspokoić i skupić na tej kakofonii, którą zazwyczaj nazywam muzyką. Nic mi nie pasowało do „klimatu”, każda muzyka brzmiała tak samo fatalnie. Zacząłem jednak wsłuchać się w słowa jakiegoś wokalisty i za wszelką cenę ignorować ekscesy dziejące się z moją pościelą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy usłyszałem, że wokal śpiewa zupełnie inny tekst, niż ten, który znałem! Przypominało to swoja treścią i sposobem wypowiadania słowa majaczącego przez sen; jeden wątek zaczynał się by po chwili po prostu urwać się i zostać zastąpiony kolejna porcja absurdalnych zlepków wyrazów. Niestety nie potrafię przytoczyć żadnego przykładu tych wypowiedzi, ale brzmiały one jak gadanie obłąkanego. To jest jedyna rzecz, która przychodzi mi do głowy.
Mimowolnie spojrzałem na łóżko obok mnie; cały czas coś kotłowało się od pościelą, było tego przynajmniej kilkadziesiąt. Jeden ze zwierzaczków wychylił się nieco bardziej i jakby wylał się na podłogę tworząc w tym samym momencie postać małego, brązowego dzika, który po chwili wyparował! Uuu, nie jest już fajnie, komputer świruje (przez moment nawet myślałem, że się popsuł), wszystko faluje od unoszącego się nad tym dymu konwekcji, a tu nagle bach! Przez uchylone okno wpadła mi do pokoju bladopomarańczowożółta, słabo świecąca kula. Poruszała się tak szybko, że ledwo zdążyłem obrócić głowę i podążyć za nią wzrokiem. Miała wielkość piłki tenisowej i wleciała chyba przez okno za moimi plecami. Ledwo się obróciłem żeby zobaczyć co zrobi, a ona zatoczyła pętlę okrążając pokój na wysokości ok. pół metra od sufitu, śmignęła mi tuz przed twarzą i chyba wyleciała przez okno. Przeleciała tak blisko mojej twarzy, że aż się uchyliłem, żeby mnie nie trafiła. Wszystko trwało może sekundę, ale przestraszyło mnie na dobre. To już nie było fajne.
Ostrożnie zerknąłem za komputer i zobaczyłem, jak chowają się za nim te małe, nazwijmy to energetyczne zwierzątka. Uciekały chowając się przed moim wzrokiem za szafki i pod mój fotel. Kiedy śmigały w popłochu między moimi stopami, żeby schować się w cieniu mojego siedzenia czułem na swoich stopach chłód za każdym razem, gdy któryś z nich zbliżył się do mnie. Spojrzałem jeszcze raz na łóżko, a wtedy moja pościel przybrała kształt wielkiego żółwia morskiego. Chciałem mu się przyjrzeć i zapytać kim jest, po co tu przyszedł itd., ale nie zdążyłem. Ze ściany przy którym stało łóżko wyszły buty. Normalne, sportowe a’la adidasy. Weszły na łóżko i po chwili zaczęły z nich wyrastać nogi! Dwie ludzkokształtne nogi składające się w połowie z wirów konwekcyjnych a w połowie jakby z czarnego dymu mieszających się bez ustanku ze sobą. Urosły prawie do kolan i momentalnie rozpłynęły się bez śladu razem z butami. Tego było za wiele! Postanowiłem zapalić światło w pokoju, bo zauważyłem, że tam, gdzie jest jasno, nie dzieją się aż tak ekstremalne rzeczy. Wstając zobaczyłem kątem oka ludzką postać zbudowaną z konwekcyjno-dymnej mieszaniny, która stała blisko łóżka. Kiedy zapaliłem światło natychmiast znikła. Włosy zjeżyły mi się na głowie i plecach.
Postanowiłem zapalić w pokoju świecę i jakoś to przeczekać. Odwróciłem się w stronę stołu i zobaczyłem jak jedno z kulistych „zwierzątek” schowało się za nogę od stołu. Przyklęknąłem na podłodze i zajrzałem za nią z prawej strony. Zza nogi do połowy wychylił się biały niedźwiadek! Taki mały, że zmieścił się za nogę od stołu, mimo, że wyglądał jak dorosły niedźwiedź polarny, tylko że był sporo mniejszy. Był równie realistyczny, jak ilustracja z książki, z tym że normalnie na mnie patrzył. Ale jakoś jego widok wcale mnie nie zaspokoił ani szczególnie nie zdziwił. Zajrzałem więc za tą nogę z lewej strony, a zza niej wychylił się lew, tez był taki malutki, mimo, że całkiem dorosły i normalnie na mnie patrzył. Zajrzałem jeszcze raz z prawej strony, a stamtąd patrzył na mnie królik. Jeszcze raz z lewej i parzy na mnie amazońska rzekotka drzewna. Pomyślałem sobie, że jest całkiem nieźle. Postanowiłem zobaczyć jak wyglądają moje oczy. Zapaliłem światło, podszedłem więc do lustra i nic szczególnego nie zauważyłem; źrenice w normie, może lekko rozszerzone, spojówki trochę przekrwione jak po zielu. Niestety przez cały czas miałem strasznie sucho w ustach, więc wypijałem mnóstwo herbaty, ale to nic nie pomagało, tym bardziej, że bardzo trudno było mi się wysikać. Nagle przyszło mi do głowy, żeby wziąć drugie lustro i za jego pomocą obejrzeć sobie siebie z tyłu. Kiedy spojrzałem na odbijający się wielokrotnie w obu zwierciadłach obraz, zobaczyłem na którymś z dalszych odbić kogoś, kto wyglądał dokładnie jak ja i karmił z ręki bardzo dużego, brązowego królika . Śmiesznie to wyglądało.
Po krótkim pobycie w łazience, do której poszły również „zwierzątka” znów zgasiłem światło w pokoju i usiadłem przed komputerem. Natychmiast poczułem, że coś jest nie tak. Kątem oka zwróciłem się w kierunku łóżka, i zobaczyłem jak stoją na nim trzy konwekcyjno-dymowe, ludzkokształtne postacie. Bałem się jednak bezpośrednio na nie spojrzeć. Zachowywały się, jakby ze sobą rozmawiały. Stały tam kilka minut, podczas gdy pokątnie je obserwowałem. Jakoś czułem ,że lepiej nie zwracać na siebie ich uwagi. Kiedy się na chwile odwróciłem - znikły. Szybko wstałem, żeby zapalić drugą lampkę w przeciwległym rogu pokoju, ale bałem się zbliżyć do łóżka, które wciąż się poruszało. Wróciłem na swoje miejsce i spojrzałem na lampkę. Cała falowała, ale bardzo słabo. Spojrzałem wtedy na swoją dłoń trochę pod światło i zobaczyłem jak z całej ręki unoszą się prądy konwekcyjne. Kiedy skierowałem palec w dół ta „substancja” zaczęła jakby ściekać z moich palców na ziemię. Miała konsystencję rzadkiego miodu i spływając tworzyła cieniutkie nitki. Postanowiłem owinąć tą niby nicią szyjkę od butelki, w której trzymałem herbatę. Pociągnąłem za nią chcąc w ten sposób przewrócić butelkę, ale moja nić tylko się rozciągnęła. Była niesamowicie elastyczna, ale mało wytrzymała. Kiedy rozciągałem ją dłońmi, na jednej z nich poczułem chód. Jedno źródło „przykleiło się do mnie” tuż za nadgarstkiem, a drugie na wierzchu mojej dłoni, miały wygląd „konwekcyjnych” kulek wielkości piłki golfowej. Ponieważ nie towarzyszyły temu zbyt miłe odczucia, powiedziałem do nich po prostu: „Wynocha!” Jedna z nich odpłynęła, a druga została. Powiedziałem więc wprost: ”Spier…!”. Poczułem jak powoli oddziela się ode mnie, aż tuż przed samym końcem moje ramię przeszył impuls elektryczny podobny do tego z elektrycznych zapalniczek! Poczułem go aż w żołądku. Chyba kogoś zdenerwowałem…
Było już grubo po dwunastej, kiedy poczułem, że ktoś za mną stoi, i że nie ma zbyt przyjaznych zamiarów. Kiedy się odwróciłem, to coś uciekło przed moim wzrokiem w drugą stronę. Obracając się jeszcze raz , ta istota znów schowało się poza moim polem widzenia. Nagle w mojej głowie pojawiła się myśl, że plecy to dla pasożyta najlepsze miejsce, bo mało kto może je sobie sam oglądać. To coś uciekało przede mną chowając się za moimi własnymi plecami. Byłem wystraszony i za wszelką cenę chciałem ściągnąć to coś z siebie. Chciałem podejść do lustra, aby się temu przyjrzeć, ale koło łóżka znów pojawiła się widziana przeze mnie wcześniej „trójka postaci”, więc szybko zrezygnowałem. Po chwili przemogłem się, żeby wstać i zapalić światło i to chyba pomogło. Usiadłem z powrotem na fotelu i poczułem jak moje pięty skubią ukryte pod fotelem „zwierzątka”. Trwało to jeszcze kilka godzin, więc siedziałem przy zapalonym świetle do 4 rano. Około 2 w nocy wszystko powoli zaczęło się uspokajać, choć moja pościel dalej żyła swoim życiem. Wciąż miałem problemy z równowagą i rozmazywały mi się obrazy, kiedy kręciłem głową. Kilka razy wychodziłem do łazienki i w ogóle nie mogłem zasnąć, wcale mi się nie chciało. Około 10 rano wstałem i zająłem się ogarnięciem wydarzeń zeszłej nocy. Wszystko skończyło się około południa, gdy znikły powidoki a niebo nie było już seledynowe, chociaż przez cały dzień czułem się trochę nieswojo.
Wnioski końcowe: Benzydaminy nie polecam nikomu, nawet bardziej doświadczonym psychonautom, szczególnie w opisywanej dawce. Prócz kilku całkiem ciekawych epizodów, przez cały, kilkugodzinny trip byłem mocno przestraszony. Widziałem już w życiu nie jedno, ale to było dla mnie chyba trochę za dużo. Wątpię, żebym zdecydował się na powtórzenie tego doświadczenia. Odczuwam to, jakby chemia pokazała mi swoją ciemną stronę. Zdecydowanie odradzam jakiegokolwiek eksperymentowania z tą substancją!
P.S. Najbłyskotliwsza myśl tamtej nocy:
„Wszechwiedza jest czymś szalenie niebezpiecznym i stanowi olbrzymi ciężar”
Wiek: dwadzieścia kilka. Zawód: chemik organik.
To, co napisałem poniżej jest chyba wyczerpującą relacją z podróży jaka zafundowała mi benzydamina. Wiem, że wiele z pośród opisanych przeze mnie rzeczy wyda się niewiarygodnymi, ale nie zależy mi na tym, czy ktoś uwierzy mi w to, co widziałem, czy też nie. W sumie wcale się temu nie dziwię, bo dużo rzeczy, które widziałem były dla mnie trudne do zrozumienia i zaakceptowania.
Ale do rzeczy. Przeglądając raporty dot. benzydaminy wyczytałem, że ekstrakcja jest raczej mało wydajna, dlatego zaopatrzyłem się w 6 torebek tego specyfiku. Całość rozpuściłem w odpowiedniej ilości lodowatej wody i dodałem do tego trochę sody kalcynowanej. Miało to na celu uwolnienie trudno rozpuszczalnej w wodzie aminy z jej znacznie lepiej rozpuszczalnej soli. Po kilkunastu minutach stania w lodówce w szklance zebrały się na powierzchni coś jakby białe kawałki twarogu, które były strasznie lepkie i nie dały się odsączyć. Zdecydowałem się wybrać je wykałaczką owijając ten lepki twór dookoła patyczka. Całą porcję rozpuściłem w odrobinie wody uzyskując mlekopodobną, mętną zawiesinę. Dodałem do niej szczyptę kwasku cytrynowego, który sklarował roztwór i przeprowadził benzydaminę w znacznie lepiej rozpuszczalną w wodzie sól. O 19.00 wypiłem tak przyrządzona miksturę, której smaku nie potrafię opisać, ale był okropny, kwaśno-słono-wapienny. Siadłem więc przed komputerem, zapaliłem lampkę nocną i czekałem na rozwój wydarzeń.
O 19.45 zauważyłem pierwsze symptomy działania specyfiku; zaczęły mnie mrowić stopy, coś jak po grzybach. Niecałe pół godziny późnej mrowienie przekroczyło mój pas i szło dalej w górę. Postanowiłem przejść się do łazienki. I tu już miałem problem, bo pojawił się okropny powidok; jakby mój wzrok przykleił się do ściany tak mocno, że nie mogłem go od niej oderwać i o mało się przez niego nie przewróciłem. Nic już nie wyglądało normalnie, tylko zaczęło jakby mrowić się i falować. Coś, jakby nas wszystkim zaczęły unosić się prądy konwekcyjne podobne do przedstawionych na poniższym obrazku:
![http://img384.imageshack.us/img384/4101/convectioncurrentsdz2.jpg [Image: http://img384.imageshack.us/img384/4101/convectioncurrentsdz2.jpg]](http://img384.imageshack.us/img384/4101/convectioncurrentsdz2.jpg)
Zaczęły unosić się dosłownie nad wszystkim. Kiedy dotarłem do łazienki nie mogłem się wysikać, i stan ten trwał następne 3 godziny. Kiedy wróciłem do pokoju zauważyłem, że ubranie, które leżało na fotelu porusza się tak, jakby były pod nim jakieś małe zwierzątka. Ponieważ mam zwierzątka, pomyślałem, że jakoś mógł tam wejść, ale kiedy podniosłem ubranie, nic tam nie było. Moje zdziwienie było jeszcze większe, kiedy spostrzegłem że w ten sposób rusza mi się cała pościel na nie posłanym łóżku! Przyjrzałem się jej wyraźniej i zobaczyłem, że spod jej zakamarków wychylają się jakby stworzonka zbudowane z takich kłębiących się prądów konwekcyjnych, miały wielkość mniej więcej pomarańczy, i chyba były bardzo nieśmiałe, bo szybko znikały z powrotem w mojej pościeli by dalej pod nią buszować. Były takie półprzezroczyste i nie miały żadnej konkretnej formy, takie niewielkie kulki, które nazwałem zwierzątkami ze względu na ich wielkość i sposób zachowania. Spojrzałem na monitor komputera i znów niespodzianka! Cały monitor wyglądał, jakby ktoś pociął go w różnej wielkości prostokąty i bezładnie porozrzucał, Trwało to dosłownie moment, po czym wszystkie kawałki błyskawicznie zerwały się i wróciły na swoje miejsce. Działo się tak za każdym razem, kiedy po patrzeniu na coś spoglądałem na monitor. Pierwszy konkretny trip!
Ale spojrzałem w stronę łóżka i po prostu mnie zamurowało; w samym rogu łóżka szamotała się pościel i po chwili wyszła spod niej wiewiórka! Normalna, ruda wiewiórka, jakby ją żywcem z parku przynieść!!! Powąchała łóżko, zeskoczyła na podłogę i na chwilę znikła mi z pola widzenia, by po chwili pojawić się jakieś pół metra ode mnie. Zatrzymała się i popatrzyła na mnie, a mi aż skóra na plecach ścierpła. Zapytałem ją: „Czego chcesz?”, ale tylko obróciła trochę łepek bok, jakby chciała mi się wyraźniej przyjrzeć, zawróciła, wskoczyła na łóżko i znikła pod pościelą. Masakra. Poczułem się mocno nieswojo. Włączyłem muzykę, ale w ogóle nie dało się jej słuchać. Kompletna kakofonia, która brzmiała tak, jakby każdy z muzyków grał niezależnie od innych, tylko dla siebie i w swoim własnym tempie. „Hmm, może to nie jest właściwa muzyka?” –pomyślałem, ale wszystko brzmiało tak samo nieznośnie. Moja faza rozkręcała się bez opamiętania do tego stopnia, że już nie chciałem patrzeć na zwierzątka pod pościelą ani na „dymiące” w półmroku od prądów konwekcyjnych przedmioty. Siadłem przed komputerem i starałem się nie patrzyć na łóżko i to, co się tam dzieje. Po prostu zacząłem się bać tego, co widzę. Nie była to panika, ale bardzo silny strach, który pojawiał się na chwilę z każdą dziwną rzeczą, jaką od tej pory ujrzałem. Starałem się uspokoić i skupić na tej kakofonii, którą zazwyczaj nazywam muzyką. Nic mi nie pasowało do „klimatu”, każda muzyka brzmiała tak samo fatalnie. Zacząłem jednak wsłuchać się w słowa jakiegoś wokalisty i za wszelką cenę ignorować ekscesy dziejące się z moją pościelą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy usłyszałem, że wokal śpiewa zupełnie inny tekst, niż ten, który znałem! Przypominało to swoja treścią i sposobem wypowiadania słowa majaczącego przez sen; jeden wątek zaczynał się by po chwili po prostu urwać się i zostać zastąpiony kolejna porcja absurdalnych zlepków wyrazów. Niestety nie potrafię przytoczyć żadnego przykładu tych wypowiedzi, ale brzmiały one jak gadanie obłąkanego. To jest jedyna rzecz, która przychodzi mi do głowy.
Mimowolnie spojrzałem na łóżko obok mnie; cały czas coś kotłowało się od pościelą, było tego przynajmniej kilkadziesiąt. Jeden ze zwierzaczków wychylił się nieco bardziej i jakby wylał się na podłogę tworząc w tym samym momencie postać małego, brązowego dzika, który po chwili wyparował! Uuu, nie jest już fajnie, komputer świruje (przez moment nawet myślałem, że się popsuł), wszystko faluje od unoszącego się nad tym dymu konwekcji, a tu nagle bach! Przez uchylone okno wpadła mi do pokoju bladopomarańczowożółta, słabo świecąca kula. Poruszała się tak szybko, że ledwo zdążyłem obrócić głowę i podążyć za nią wzrokiem. Miała wielkość piłki tenisowej i wleciała chyba przez okno za moimi plecami. Ledwo się obróciłem żeby zobaczyć co zrobi, a ona zatoczyła pętlę okrążając pokój na wysokości ok. pół metra od sufitu, śmignęła mi tuz przed twarzą i chyba wyleciała przez okno. Przeleciała tak blisko mojej twarzy, że aż się uchyliłem, żeby mnie nie trafiła. Wszystko trwało może sekundę, ale przestraszyło mnie na dobre. To już nie było fajne.
Ostrożnie zerknąłem za komputer i zobaczyłem, jak chowają się za nim te małe, nazwijmy to energetyczne zwierzątka. Uciekały chowając się przed moim wzrokiem za szafki i pod mój fotel. Kiedy śmigały w popłochu między moimi stopami, żeby schować się w cieniu mojego siedzenia czułem na swoich stopach chłód za każdym razem, gdy któryś z nich zbliżył się do mnie. Spojrzałem jeszcze raz na łóżko, a wtedy moja pościel przybrała kształt wielkiego żółwia morskiego. Chciałem mu się przyjrzeć i zapytać kim jest, po co tu przyszedł itd., ale nie zdążyłem. Ze ściany przy którym stało łóżko wyszły buty. Normalne, sportowe a’la adidasy. Weszły na łóżko i po chwili zaczęły z nich wyrastać nogi! Dwie ludzkokształtne nogi składające się w połowie z wirów konwekcyjnych a w połowie jakby z czarnego dymu mieszających się bez ustanku ze sobą. Urosły prawie do kolan i momentalnie rozpłynęły się bez śladu razem z butami. Tego było za wiele! Postanowiłem zapalić światło w pokoju, bo zauważyłem, że tam, gdzie jest jasno, nie dzieją się aż tak ekstremalne rzeczy. Wstając zobaczyłem kątem oka ludzką postać zbudowaną z konwekcyjno-dymnej mieszaniny, która stała blisko łóżka. Kiedy zapaliłem światło natychmiast znikła. Włosy zjeżyły mi się na głowie i plecach.
Postanowiłem zapalić w pokoju świecę i jakoś to przeczekać. Odwróciłem się w stronę stołu i zobaczyłem jak jedno z kulistych „zwierzątek” schowało się za nogę od stołu. Przyklęknąłem na podłodze i zajrzałem za nią z prawej strony. Zza nogi do połowy wychylił się biały niedźwiadek! Taki mały, że zmieścił się za nogę od stołu, mimo, że wyglądał jak dorosły niedźwiedź polarny, tylko że był sporo mniejszy. Był równie realistyczny, jak ilustracja z książki, z tym że normalnie na mnie patrzył. Ale jakoś jego widok wcale mnie nie zaspokoił ani szczególnie nie zdziwił. Zajrzałem więc za tą nogę z lewej strony, a zza niej wychylił się lew, tez był taki malutki, mimo, że całkiem dorosły i normalnie na mnie patrzył. Zajrzałem jeszcze raz z prawej strony, a stamtąd patrzył na mnie królik. Jeszcze raz z lewej i parzy na mnie amazońska rzekotka drzewna. Pomyślałem sobie, że jest całkiem nieźle. Postanowiłem zobaczyć jak wyglądają moje oczy. Zapaliłem światło, podszedłem więc do lustra i nic szczególnego nie zauważyłem; źrenice w normie, może lekko rozszerzone, spojówki trochę przekrwione jak po zielu. Niestety przez cały czas miałem strasznie sucho w ustach, więc wypijałem mnóstwo herbaty, ale to nic nie pomagało, tym bardziej, że bardzo trudno było mi się wysikać. Nagle przyszło mi do głowy, żeby wziąć drugie lustro i za jego pomocą obejrzeć sobie siebie z tyłu. Kiedy spojrzałem na odbijający się wielokrotnie w obu zwierciadłach obraz, zobaczyłem na którymś z dalszych odbić kogoś, kto wyglądał dokładnie jak ja i karmił z ręki bardzo dużego, brązowego królika . Śmiesznie to wyglądało.
Po krótkim pobycie w łazience, do której poszły również „zwierzątka” znów zgasiłem światło w pokoju i usiadłem przed komputerem. Natychmiast poczułem, że coś jest nie tak. Kątem oka zwróciłem się w kierunku łóżka, i zobaczyłem jak stoją na nim trzy konwekcyjno-dymowe, ludzkokształtne postacie. Bałem się jednak bezpośrednio na nie spojrzeć. Zachowywały się, jakby ze sobą rozmawiały. Stały tam kilka minut, podczas gdy pokątnie je obserwowałem. Jakoś czułem ,że lepiej nie zwracać na siebie ich uwagi. Kiedy się na chwile odwróciłem - znikły. Szybko wstałem, żeby zapalić drugą lampkę w przeciwległym rogu pokoju, ale bałem się zbliżyć do łóżka, które wciąż się poruszało. Wróciłem na swoje miejsce i spojrzałem na lampkę. Cała falowała, ale bardzo słabo. Spojrzałem wtedy na swoją dłoń trochę pod światło i zobaczyłem jak z całej ręki unoszą się prądy konwekcyjne. Kiedy skierowałem palec w dół ta „substancja” zaczęła jakby ściekać z moich palców na ziemię. Miała konsystencję rzadkiego miodu i spływając tworzyła cieniutkie nitki. Postanowiłem owinąć tą niby nicią szyjkę od butelki, w której trzymałem herbatę. Pociągnąłem za nią chcąc w ten sposób przewrócić butelkę, ale moja nić tylko się rozciągnęła. Była niesamowicie elastyczna, ale mało wytrzymała. Kiedy rozciągałem ją dłońmi, na jednej z nich poczułem chód. Jedno źródło „przykleiło się do mnie” tuż za nadgarstkiem, a drugie na wierzchu mojej dłoni, miały wygląd „konwekcyjnych” kulek wielkości piłki golfowej. Ponieważ nie towarzyszyły temu zbyt miłe odczucia, powiedziałem do nich po prostu: „Wynocha!” Jedna z nich odpłynęła, a druga została. Powiedziałem więc wprost: ”Spier…!”. Poczułem jak powoli oddziela się ode mnie, aż tuż przed samym końcem moje ramię przeszył impuls elektryczny podobny do tego z elektrycznych zapalniczek! Poczułem go aż w żołądku. Chyba kogoś zdenerwowałem…
Było już grubo po dwunastej, kiedy poczułem, że ktoś za mną stoi, i że nie ma zbyt przyjaznych zamiarów. Kiedy się odwróciłem, to coś uciekło przed moim wzrokiem w drugą stronę. Obracając się jeszcze raz , ta istota znów schowało się poza moim polem widzenia. Nagle w mojej głowie pojawiła się myśl, że plecy to dla pasożyta najlepsze miejsce, bo mało kto może je sobie sam oglądać. To coś uciekało przede mną chowając się za moimi własnymi plecami. Byłem wystraszony i za wszelką cenę chciałem ściągnąć to coś z siebie. Chciałem podejść do lustra, aby się temu przyjrzeć, ale koło łóżka znów pojawiła się widziana przeze mnie wcześniej „trójka postaci”, więc szybko zrezygnowałem. Po chwili przemogłem się, żeby wstać i zapalić światło i to chyba pomogło. Usiadłem z powrotem na fotelu i poczułem jak moje pięty skubią ukryte pod fotelem „zwierzątka”. Trwało to jeszcze kilka godzin, więc siedziałem przy zapalonym świetle do 4 rano. Około 2 w nocy wszystko powoli zaczęło się uspokajać, choć moja pościel dalej żyła swoim życiem. Wciąż miałem problemy z równowagą i rozmazywały mi się obrazy, kiedy kręciłem głową. Kilka razy wychodziłem do łazienki i w ogóle nie mogłem zasnąć, wcale mi się nie chciało. Około 10 rano wstałem i zająłem się ogarnięciem wydarzeń zeszłej nocy. Wszystko skończyło się około południa, gdy znikły powidoki a niebo nie było już seledynowe, chociaż przez cały dzień czułem się trochę nieswojo.
Wnioski końcowe: Benzydaminy nie polecam nikomu, nawet bardziej doświadczonym psychonautom, szczególnie w opisywanej dawce. Prócz kilku całkiem ciekawych epizodów, przez cały, kilkugodzinny trip byłem mocno przestraszony. Widziałem już w życiu nie jedno, ale to było dla mnie chyba trochę za dużo. Wątpię, żebym zdecydował się na powtórzenie tego doświadczenia. Odczuwam to, jakby chemia pokazała mi swoją ciemną stronę. Zdecydowanie odradzam jakiegokolwiek eksperymentowania z tą substancją!
P.S. Najbłyskotliwsza myśl tamtej nocy:
„Wszechwiedza jest czymś szalenie niebezpiecznym i stanowi olbrzymi ciężar”
![Rozmowy [h]yperreala](unb_lib/designs/modern/img/logo1112la7.jpg)
Arion
Show profile
Link to this post
Jeszcze nie wiem kiedy to będzie ale na pewno już niedługo. Ile radzicie ogarnąć saszetek na pierwszy raz żeby mieć mocną akcję ? Dodam że ważę 65 kg<nie wiem czy to ważne>.Z tego co czytałem to można mieć po tym takie akcje jakie lubię najbardziej , straszne 